Kategorie: Wszystkie | Chiny | Japonia
RSS
wtorek, 03 sierpnia 2010
Kot na szczęście

Kot na szczęścieTego kota na szczęście wypatrzyłem przy stoisku loterii w Tokio.

Kapliczka ze szczęśliwym kotem znajduje się tuż obok okienek, w których kupowane są losy.

Każdy może więc na miejscu zadzwonić dzwonkiem, by zapewnić sobie wygraną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szeremietiewo raz jeszcze

Niewiele zabrakło, a zostalibyśmy na Szeremietiewie. Na przesiadkę mieliśmy niecałą godzinę czasu. Nawet na normalnym lotnisku to mało. Na Szeremietiewie już byliśmy, widzieliśmy jak bardzo trzeba się spieszyć. Wysforowaliśmy się więc na początek grupy podróżnych, która zmierzała do pierwszej kolejki.

Kolejka była do dwóch pań, które skrupulatnie sprawdzały paszporty i bilety, by potem niespiesznie przybić na tych ostatnich pieczątki. Po pięciu minutach patrzenia jak każdy podróżny odprawiany jest przez blisko minutę, szlag mnie już trafiał. Przed nami było około 10 osób, a za nami pewnie setka. Wreszcie jednak pojawiła się trzecia pani, która także bez pośpiechu podeszła, odszukała nas w kolejce i wręczyła przepustki.

Przepustki były na autobus do drugiego terminala. Zanim dotarliśmy jednak do autobusu przeszliśmy jeszcze kontrolę paszportu i prześwietlenia na pierwszej bramce. Tutaj trzeba było zdjąć z siebie wszystkie metalowe rzeczy, a więc w moim przypadku pasek. Chwila biegu do autobusu i sprawdzane są nasze przepustki. Pan z powątpiewaniem kręci głową, kiedy widzi godzinę odprawy na bilecie, a potem poleca nam zaczekać pięć minut. Czekamy dziesięć.

Wreszcie otwierają nam przejście do autobusu i po kilku kolejnych minutach oczekiwania jedziemy na drugi terminal. Drzwi nie otwierają się od razu. Młoda pracownica lotniska wychodzi flegmatycznie, przez chwilę pisze coś tam na swojej komórce i dopiero otwiera drzwi do autobusu oraz drzwi do terminala. Wchodzimy do środka. Pierwsze co widzimy wewnątrz to ogromna kolejka do jakiś bramek. Nie ma żadnej informacji. Napisy przy bramkach są wyłącznie po rosyjsku. Nikt nic nam nie mówi. Młoda Rosjanka, która nas tu wpuściła, już gdzieś znikła.

Ustawiamy się w kolejce, by po chwili zorientować się, że to kolejka do wejścia do Federacji Rosyjskiej. Rozglądamy się dookoła, niektórzy ludzie wchodzą na górę po jakiś schodach. Podejmujemy decyzję by iść za nimi i słusznie, bo oto przed nami kolejne okienka dla przesiadkowiczów. Tu panie są trochę szybsze. Kierują nas dalej do bramek, gdzie po raz drugi przechodzimy prześwietlenie. Szybko zakładam pasek, który znowu musiałem zdjąć i wreszcie wchodzimy na właściwy terminal lotniska.

Krótka chwila rozpaczliwego poszukiwania tablicy informacyjnej, którą wypatrzyłem wreszcie gdzieś w kącie. Wiemy już gdzie jest nasza odprawa. Przy bramce numer 44, a więc najwyraźniej na drugim końcu terminala. Biegniemy wąskim przejściem, przeciskając się między ludźmi stojącymi przy sklepach. Do samolotu docieramy dość wcześnie, zważywszy okoliczności, bo piętnaście minut przed końcem odprawy.

A potem długo czekamy, na ludzi którzy zgubili się gdzieś na Szeremietiewie. Dochodzi tylko grupka Chińczyków. Nadal czekamy na spóźnionych, ale nie zjawia się już nikt. Odlatujemy z półgodzinnym opóźnieniem, pozostawiając gdzieś na tym koszmarnym lotnisku ludzi, którzy na nim utknęli.

26 godzin

26 godzin trwała nasza podróż do domu. Dwa pociągi na dworzec Tokio, później express na lotnisko. Oczekiwanie na pierwszy samolot i 10 godzin lotu. Potem wariacka przesiadka na lotnisku w Moskwie, na którym niewiele co abyśmy zostali i drugi samolot. A później Polska, brudny dworzec centralny gdzie narkomanka (na oko sądząc) próbowała wyżebrać ode mnie pieniądze i brak informacji o naszym pociągu na tablicy. Na koniec pociąg, który dojechał do Krakowa z półgodzinnym opóźnieniem.

Nigdy wcześniej nie byłem tak zmęczony jak po tej podróży. Wydaje mi się teraz, że błędem było jechać przez Warszawę i Moskwę. Następnym razem poleciałbym wprost z Krakowa i może przez Niemcy. Lotnisko Szeremietiewo natomiast i perypetie z nim związane zasługują na osobny wpis.

sobota, 31 lipca 2010
Jutro powrót

Dzisiaj ostatni dzień w Tokio, a zarazem w Japonii. Wieczorem będę musiał się spakować, a jutro rano wyruszamy do domu. Wobec tego w najbliższych dniach nic już nie napiszę na blogu, a kolejne wpisy opublikuję z Polski.

Wieża Tokio

Widok z Wieży TokioWieczorem, już wszyscy, pojechaliśmy na Wieżę Tokio. W drodze natknęliśmy się na festiwal w świątyni Zojoji, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę.

Bilet wstępu na obydwie platformy widokowe wieży kosztował 1420 jenów.

Na miejsce dotarliśmy na długo po zachodzie słońca. Widok na Tokio w nocy jest wspaniały. Miasto wygląda jak morze różnobarwnych świateł. W oddali widać było podświetlony most nad Zatoką Tokijską.

Galeria zdjęć z Wieży Tokio.

Meguro

Wielka ważkaNa południowym zachodzie Tokio, w dzielnicy Meguro, dość blisko dworca o tej samej nazwie, ulokowany jest park narodowy przy instytucie badań nad historią naturalną. Las o powierzchni 20 hektarów znajduje się pośrodku miasta. Za wstęp należy zapłacić 300 jenów.

Mimo wszystko jednak nie przypomina to naturalnego parku. Las poprzecinany jest alejkami, a wzdłuż nich umieszczone są tabliczki informujące o gatunku mijanych roślin. Park zrobił przez to na mnie wrażenie wielkiego i zapuszczonego ogrodu botanicznego.

Ponieważ większość informacji jest dostępna wyłącznie po japońsku, skupiłem się bardziej na obserwacji i fotografowaniu owadów, których jest tu zatrzęsienie (m.in. ogromnych ważek, jak na zdjęciu).

Po lesie przemieszczały się grupy japońskich studentek, które rysowały tu z natury okazy flory.

Galeria zdjęć z parku.

piątek, 30 lipca 2010
Ueno

Lotosy na jeziorzeRano pojechałem na Ueno, gdzie znajduje się wielki park. Wreszcie znalazłem w samym Tokio miejsce, w którym można odpocząć od zgiełku tego miasta.

Poszedłem pod świątynię Toshogu, która jest jednak w remoncie i nie można jej zobaczyć. Widać było tylko bramę, a za nią wielki baner z wizerunkiem samej świątyni.

Potem długo spacerowałem wokół jeziora Shinobazu. Cześć jeziora porośnięta jest lotosami, które już zaczęły kwitnąć. Żyje tu także sporo zwierząt. Obserwowałem na przykład przez chwilę polowanie czapli.

Galeria zdjęć z Ueno.

czwartek, 29 lipca 2010
Deszczowe zakupy

W Tokio przez cały dzień padał dzisiaj deszcz. Zrobiliśmy więc zakupy planowane wcześniej na sobotę.

Pojechaliśmy najpierw do dzielnicy Kanda, gdzie w okolicach skrzyżowania Hakusan Dori i Yasukuni Dori znajduje się strefa antykwariatów. Jest ich tu podobno aż 160.

Później udaliśmy się do Asakusy, na ulicę Nakamise, gdzie znajdują się sklepy z pamiątkami. Muszę przyznać po doświadczeniach z Chin, że kupowanie tutaj to przyjemność. Sprzedawcy są zawsze bardzo uprzejmi i nie narzucają się. Nie ma tu męczącego targowania się o każdy przedmiot z dziesięciokrotnie zawyżoną ceną początkową. Pamiątki w Japonii są też ładniejsze i dużo lepiej wykonane niż te w Chinach.

Wieczorem jeszcze raz pojechaliśmy na zakupy do Akihabary. W tym czasie deszcz ustał i mam z Akihabary kilka kolejnych zdjęć.

Fuji-san

Fuji z piątej stacjiWczoraj pojechaliśmy na Fuji. Nie zdobyliśmy jednak szczytu, bo to by była wyprawa dwudniowa. Dotarliśmy do siódmej stacji, na wysokość 2700 metrów.

Na miejsce dojechaliśmy dwoma pociągami i autobusem. Najpierw expres Azusa z dworca Shinjuku do stacji Otsuki. Tam przesiedliśmy się do lokalnej linii Fujikyuko. Fujikyuko jest prywatna, musieliśmy więc zapłacić za przejazd, bo Japan Rail Pass nie był honorowany. Przejazd w jedną stronę do stacji Kawaguchiko kosztował 1110 jenów.

Pociąg Fujikyuko przypominał lokalne w Polsce. Był tylko czystszy i miał klimatyzację. Większą część trasy wlókł się z prędkością 30-40 km/h.

W chmurachNa końcowej stacji Kawaguchiko przesiedliśmy się do autobusu. Przejazd w jedną stronę kosztuje 1000 jenów, o ile wykupi się też jednocześnie bilet powrotny. Oddzielnie bilety są droższe. Autobus odjeżdża mniej więcej co godzinę z szóstego peronu.

W ten sposób dojechaliśmy do piątej stacji na Fuji. Droga na górę podzielona jest na odcinki. Jest ich dziesięć, co oznacza, że autobus dowiózł nas do połowy drogi.

Piąta stacja była bardzo zatłoczona. Choć znajduje się na wysokości powyżej 2000 metrów to można tam dojechać samochodem. W otoczeniu stacji znajdują się wielkie parkingi. Cały czas dojeżdżają też kolejne autokary wysadzające japońskie wycieczki. Sama stacja jest dużym skupiskiem sklepów i restauracji. Te ostatnie są drogie i z wyjątkowo jak na Japonię kiepską obsługą, o czym przekonaliśmy się w drodze powrotnej. Z piątej stacji na szóstą i być może siódmą można dojechać konno, dlatego znajduje się tu także stadnina na której można wynająć konia.

Jezioro KawaguchiNa szlaku przez cały czas mijaliśmy gromady Japończyków. Japończycy na górę szli na ogół grupowo. Często byli wyposażeni w drewniane laski z dzwoneczkami umocowanymi na końcach. Grupy pobrzękiwały więc w czasie marszu. Na laskach mieli wypalone znaki z miejsc, które odwiedzili (wypalanie widzieliśmy na siódmej stacji). Weterani mieli laski aż czarne od znaków. Dzieci po jednym lub dwa znaki na lasce.

Podejście nie było trudne. Oczywiście później, po siódmej stacji, stało się pewnie znacznie trudniejsze. Góry są inne od polskich, zbudowane z wulkanicznych skał, więc chwilami szliśmy po żużlu.

Przez cały czas byliśmy albo powyżej pokrywy chmur, albo szliśmy w chmurach, miejscami w gęstej mgle. Gdzieś przed siódmą stacją pogoda popsuła się i zaczęło grzmieć. Burza przez długi czas krążyła wokół góry, ale złapała nas dopiero w drodze powrotnej.

Po powrocie na dół, poszliśmy jeszcze na chwilę nad brzeg jeziora Kawaguchi. Jest to jedno z pięciu jezior Fuji (Fuji-goko), które rozciągają się na północ od góry.

Galeria zdjęć.

wtorek, 27 lipca 2010
Nikko

Świątynia ToshoguDzisiaj wreszcie wyjechałem poza miasto. Mam już dość Tokio, hałasu i nieustannego ruchu. To miasto potrafi fascynować, ale jest bardzo uciążliwe. Pół roku przeżyłem w Szanghaju, tam były przynajmniej wielkie publiczne parki, w których można było odetchnąć. Tutaj jest bardzo mało zieleni i wszędzie spotykam ogromne tłumy ludzi, którzy na stacjach biegają od pociągu do pociągu.

Pojechałem odpocząć do Nikko i okazało się to strzałem w dziesiątkę. W czasie jazdy pociągiem mijaliśmy pola ryżowe i spokojne wioski. Region ten, jak przeczytałem, jest liderem w produkcji makaronu udon. Nikko położone jest w górach, na skraju parku narodowego o tej samej nazwie. Jest znane z pięknych zabytkowych świątyń.

Strażnik świątyniDotarłem tam dwoma pociągami. Najpierw pojechałem shinkansenem do Utsunomiya, a stamtąd już pociągiem lokalnym. Park narodowy i świątynie znajdują się na lewym brzegu rzeki Daiya, mniej niż 2 kilometry na zachód od stacji kolejowej.

Tuż przed wejściem do parku minąłem święty most Shinkyo. Według legendy znajduje się on na miejscu gdzie kiedyś kapłan Shodo przeprawił się przez rzekę na grzbietach dwóch węży. W przeszłości mógł z niego korzystać tylko shogun oraz jego świta. Teraz na most może wejść każdy, kto uiści opłatę w wysokości 500 jenów.

Dalej był już przepiękny las z dziesiątkami starych ogromnych drzew oraz świątynie. Najbardziej spodobała mi się Toshogu, z Bramą Słonecznego Światła, na której znajdują się dziesiątki rzeźb przedstawiających ptaki, smoki i sceny z legend.

Nie widzę zła, nie słyszę zła, nie mówię złaW drodze do bramy minąłem dawną Stajnię Świętych Koni. Na niej z kolei umieszczone są płaskorzeźby z małpami, w tym bardzo znana rzeźba przedstawiająca trzy małpy w pozie "nie widzę zła, nie słyszę zła, nie mówię zła". W świątyni znajduje się jeszcze jedna znana rzeźba - Śpiącego Kota Nemuri-neko.

Po świątyni Toshogu, udałem się jeszcze do świątyń Taiyuin, Rinnoji i Futarasan. Przed wieczorem z żalem pożegnałem się z Nikko i wróciłem do betonowego Tokio.

Galeria zdjęć z Nikko.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
stat4u